Notatnik
write
look

Biegnij dalej

Archiwum
20. Jim
19. Strych
18. Nierozłączni
17. Jak ten czas leci, czyli rocznica
16. Niepokonani
15. Ania z Zielonego Wzgórza
14. Ogłoszenia niezbyt drobne
13. Bo nikt być samotny nie może
12. The Dance
11. Tak zrządziły losy - wątki alternatywne
10. Najdziwniejsza noc w roku
9. Fotografia - przerywnik
8. Pozory mylą - przerywnik
7. Kathleen
6. Pogrzeb
5. HPiWA - Wariacje po-filmowe
4. Nocne Huncwotów rozmowy cz. 3
3. Nocne Huncwotów rozmowy cz.2
2. Nocne Huncwotów rozmowy cz.1
1. Śpiąca królewna - przerywnik
0. Wyjaśnienie

Własne
Dialog pseudoromanticzny
Anioł Stróż
Bo to zła kobieta była Z serii "Maniek, nie bądź złośliwy, bo wyginiesz"
... jej nieistnienie powinno być prawem
Druh
Jim
Strych
Odkrywca
Bariera
Tkacz szczęścia
Pozory mylą
Nocne Huncwotów rozmowy
Inna droga
Miś

A proszę was bardzo:
Mel
Nash
Nymp...Tonks
Sam Lupin
Wiersze Myszy
Trino Riddle




Jim (miniatura)
Ze zdziwieniem zarejestrowałam, że blog jeszcze istnieje.

Cóż. Właściwie to szkoda byłoby go stracić.

Gdyby ktoś tu jeszcze kiedyś zabłądził:

Dla Semele

Jim

– Boisz się, Jim? – spytał.
– Nie.
Syriusz wsunął rękę w porastające rów pokrzywy i zaklął cicho. Na wierzchu dłoni szybko pojawiły się czerwone bąble.
– Coś cię gryzie, Jim – mruknął, drapiąc piekące miejsce.
– Nic.
– Za dobrze cię znam, stary.
Zajęty wyciąganiem kamienia spod łokcia, Jim nie odpowiedział.
W pobliskim domu jakaś mugolka czytała książkę w niebieskiej okładce, a w pokoju obok jej syn nerwowo przeszukiwał szufladę, chcąc znaleźć papierosy ojca.
Ojciec – mężczyzna pod pięćdziesiątkę – o tej porze kończył zmianę w fabryce narzędzi, wychodził na parking i wkładał kluczyk do stacyjki starego forda. Klął przez chwilę, gdy rzęch nie chciał zapalić, włączał światła i ruszał do domu. W progu witał się z żoną i udawał, że nie czuje zapachu tytoniu, którym przesiąknięte było ubranie syna.
James i Syriusz tkwili w przydrożnym rowie, którego dnem przepływała błotnista strużka wody. Czekali na śmierciożerczy sabat czarownic – jak to określił Sturgis Podmore, gdy przekazywał im informacje (Sabat to chyba na górze, a nie w szczerym polu, stwierdził wtedy James, co Sturgis skomentował długą tyradą na temat tego, co myśli o stanie psychiki ich przeciwników. I tak macie jedynie obserwować. Diabli jedni ich wiedzą, może chcą ćwiczyć mroczne znaki; w okolicy tylko szczere pole i mugole – zakończył i deportował się z trzaskiem do domu.).
– Chcę się wycofać, Syri – powiedział w końcu Jim, całą uwagę poświęcając gałązce zaplątanej w rękaw swetra.
– Co? – Syriusz przestał szukać papierosów po kieszeniach.
– Wycofać. Koniec z akcjami.
Przez chwilę Syriusz zastanawiał się, czy Jim nie żartuje. Ale ostatnio Jim nie miał głowy do dowcipów.
– Stary już wie? – zapytał tylko.
– Wie. Sam mi to doradzał.
– Już dawno, mówiłeś. Nie przypuszczałem tylko…
Czuł się trochę… oszukany. Jeśli Syriusz w coś wierzył, to w naiwne jeden za wszystkich, wszyscy za jednego; Jim miałby się z tego wyłamać?
Kiedyś James palił się do walki. Śpieszył się, jakby w obawie, że wojna się skończy nim on dotrze na front. Szybko stracił przeświadczenie o swojej nietykalności. Miał dosyć kulenia się w rowach podobnych do tego i zastanawiania czy nad domem do którego wróci – jeśli wróci – nie zastanie wiszącej w powietrzu zielonej czaszki. Jeszcze nie tym razem.
– Czasy się zmieniły – stwierdził krótko.
– I my zmieniajmy się wraz z nimi – dokończył filozoficznie Syriusz, przekręcając się na plecy. Pstryknęła mugolska zapalniczka i Black zaciągnął się dymem. Końcówka papierosa jarzyła się słabym, pomarańczowym blaskiem, wyraźnie widocznym w ciemnościach.
– Oto moja gwiazda – powiedział.
– Zgaś to swoje ciało niebieskie, Łapa, to rów, nie obserwatorium astronomiczne.
– Ej, nie rób z siebie drugiego Remusa – rzucił teatralnie Black, ale posłusznie wdusił papierosa w wilgotną ziemię.
– Dlaczego to robisz? – zapytał. – Kiedyś byś nie zrezygnował.
– To nie te czasy, Syriusz. To…
– To nie ucieczka przed Filchem i bójka na szkolnym korytarzu, a szlaban nie będzie najgorszą karą – wyrecytował, unosząc się na łokciach. – Wiem. I rozumiem. Ale Jim, my (ja, pomyślał) cię potrzebujemy i...
– Syriusz, mam syna do cholery! – James podniósł głos, po czym zamilkł.
Dla którego chciałeś być bohaterem, pomyślał gorzko Syriusz, ale nie powiedział tego na głos. Kamień uwierał go w bucie, nie poświęcał mu jednak zbyt wiele uwagi. Jim wbijał wzrok w ziemię, a Łapa rozumiał (a przynajmniej myślał, że rozumie), tylko ciągle szybciej mówił niż myślał.
Lily nie chciała męża bohatera.
Nie zbawisz świata, Jim, mówiła, gdy kończyli Hogwart i Jamesowi wydawało się, że jest niepokonany. Nie pasujesz do historii hagiograficznych.
No tak, wolę eposy rycerskie – żartował zawsze, ale Lily nie uśmiechała się.
– Przepraszam – mruknął. – Jestem idiotą niereformowalnym.
– Jesteś.
Może po prostu różnili się bardziej niż myślał?
Syriusz chciał walczyć. Być może tylko z przekory. W końcu każdy powód jest dobry. Ale Jim nie miał pieprzniętych rodziców po drugiej stronie ani martwego brata śmierciożercy i nie musiał wszystkim dokoła udowadniać, że nie jest taki jak oni. Miał za to dwadzieścia jeden lat, żonę, syna i blizny jakimi mógł poszczycić się niejeden emerytowany weteran.
– Jestem zazdrosny – stwierdził Syriusz.
– Co?
– Zazdrosny. Głupie, nie? Masz rodzinę, logiczne, poświęcasz im czas, a…
Wkurzył się o głupi kubek. Głupi kubek z czarnym psem obsikującym drzewo, który stał zawsze u Jamesa w szafce, obok słoika z kawą. Mały Harry strącił go przypadkiem i kubek rozbił się na kawałki. Jim rzucił się ratować syna, sprawdzać czy się nie skaleczył, a on stał wtedy jak słup i wpatrywał się w skorupy. Ze starego gramofonu Stonesi zawodzili: Angie, Angie, where will it lead us from here?
Kubka nie dało się naprawić, zginęło denko i nie pomogło ani Accio ani Reparo, więc skorupy wylądowały w śmieciach. Przy następnej wizycie dostał kawę w filiżance, choć Lily doskonale wiedziała, że nie znosi filiżanek.
– Nieważne – machnął ręką.
Jim wiedział.
– Minuta szczerości? – spytał bez cienia ironii.
– Jak po butelce ognistej. Twoja kolej.
James przekręcił się na plecy i podłożył ręce pod głowę.
– To mnie chyba przerosło.
Kiedy Jim był mały, wspinał się na najwyższe drzewa, nie zważając na ostrzeżenia mamy. Nigdy nie spadł i nie złamał nogi. Miał naturę psotnika i lubił dreszczyk emocji towarzyszący mu zawsze, gdy robił coś, czego nie powinien. Zaczytywał się w Przygodach Tomka Sawyera i wierzył, że magia daje mu nietykalność, więc to wykorzystywał.
Pierwszy raz bał się naprawdę tamtej nocy, gdy biegł przez błonia. Potem był świst gałęzi wierzby bijącej, wąski tunel i wycie. Zęby ociekające śliną. I najgłupsza w tamtym momencie myśl, czy ma tak samo rozszerzone z przerażenia oczy jak Oślizgły?
Ciągnął wtedy opierającego się Snape’a, wrzeszczał coś, a bestia... Remus!…
Potem czasem budził się w nocy, i po omacku szukał różdżki, bo śniły mu się wilcze zęby rozszarpujące ciało i krew mieszająca się ze śliną.
Merlinie, co my wyprawiamy?, myślał wtedy, uświadamiając sobie, że są tylko trójką dzieciaków, chcących poskromić wilkołaka. Mimo to, w każdą pełnię Jim zmieniał się w jelenia – wtedy jeszcze wilkołactwo Remusa nie było niczym innym, jak tylko pieprzoną niesprawiedliwością.
Teraz znaczyło więcej.
Światła samochodu wydobyły na chwilę z mroku ścianę budynku i niebieski ford zatrzymał się na podjeździe. Trzasnęły drzwiczki.
– Zazdroszczę im – mruknął Jim, wskazując podbródkiem na dom. Syriusz zerknął w tamtą stronę.
– Ja też. Normalności – urwał. – Randkujesz jutro z Lunatykiem? – zmienił temat.
– A ty nie możesz? – zapytał James i zaraz ugryzł się w język. Nie zdążył ukryć zmieszania, bo przyjaciel wpatrywał się w niego uważnie. Minuta szczerości, cholera jasna. Syriusz jak pies wyczuwał emocje.
– Mogę – odpowiedział cicho, z czymś – może żalem – czego James nigdy nie słyszał w jego głosie.
Syriusz wiedział, choć Jim nigdy o tym nie mówił. Remus pewnie też wiedział, lecz milczał jak zawsze, i było mu tylko cholernie przykro, że Jim musiał to robić.
– Nie ufasz Remusowi? – spytał. James zagryzł wargę.
– To wilkołak.
– To Remus.
Niech to, kurwa, jasny szlag…
– Nie przypuszczałem, Jim… – powiedział powoli i chrząknął kilka razy.
– Też mu już nie ufasz – rzucił chłodno James i Syriusz nie ciągnął dalej, bo wiedział, że Jim ma rację.
Czasy się zmieniają?
– Przykro mi, Jim.
– Mnie też.
Syriusz nie potrafił pomóc ludziom inaczej, niż będąc z nimi. Ale Jim od jakiegoś czasu odgradzał się zarówno od niego jak i Remusa. Być może słusznie uważał ich za niebezpieczeństwo. Jim już nie lubił ryzykować. Syriusz nie wiedział tylko, kiedy ich braterstwo rozeszło się w szwach i który pierwszy na to pozwolił.
Kiedy wojna się skończy, kupią nowy kubek, pomyślał i zachciało mu się śmiać.
Cykanie świerszczy nagle umilkło, gdy w pobliżu rozległy się pierwsze trzaski aportacji.
– Boisz się, Jim? – spytał.
– Jak cholera.
faith-skye-blaze 2006-10-28 18:06:42
skomentuj (13)
Strych
Hm, ciekawe czy ktoś mnie jeszcze pamięta.
Rozmawiając z pewną wiedźmą, doszłam do wniosku, że wypadałoby choć cokolwiek zamieścić.
Urywek (króciutki, jak na urywek przystało), przez niektórych szumnie zwany prologiem, pierwotnie zamieszczony tutaj: Strych


Strych

Na strychu żyją elfy – mawiała, gdy była mała. Patrzył na nią z pobłażliwym uśmiechem, a potem, by udowodnić że tak nie jest, wspinali się na poddasze po stromych schodkach. Drzwi otwierały się z przeciągłym skrzypnięciem.
Stawał na palcach i sięgał do włącznika, zapalając światło, które sączyło się mdle z dwóch słabych żarówek. Objawiał się zakurzony strych wypełniony pudłami ukrywającymi w swoim wnętrzu sterty pamiątek. Z mroku wyłaniały się stare meble, podniszczone fotele, rozwieszone gdzieniegdzie pajęczyny.
- Widzisz, nie ma - mówił.
- Pochowały się - twierdziła, rozglądając się dokoła. - Gdybyśmy nie zapalali światła, to może...
- Elfy żyją w lasach. Tu ich nie znajdziesz. Ale zobaczysz je już za kilka lat - tłumaczył cierpliwie, pozwalając siostrze penetrować kąty strychu.
- Naprawdę?
- Tata tak mówił - odpowiadał. - Jak już pójdziemy do Hogwartu.
- Ale ty pojedziesz tam rok wcześniej.
- A jak ty przyjedziesz, to będę już wiedział, gdzie są. I ci je pokażę. A teraz, mała - jazda na dół.
Uśmiechał się pobłażliwie, widząc dwa podskakująca w górę i w dół rude kucyki. Bycie starszym bratem zobowiązywało.

Gdy miał dziewięć lat, zamieszkał na strychu. Zniknęły tumany kurzu i pajęczyny, zniknęły pudła pełne skarbów. Zostały tylko stare meble.
Deski na podłodze przykrył zielony dywan, przez umyte okna w dachu wpadały promienie słoneczne, oświetlając zapychane powoli na nowo kąty.
Półki zapełniały się skarbami. Cegła wyniesiona potajemnie z placu budowy w dowód odwagi, wielka książka z ruchomymi obrazkami przedstawiającymi magiczne zwierzęta - prezent od starszej siostry otrzymany dwa lata wcześniej, zestaw szklanych kulek do gry, kilka płaskich kamieni, którymi fantastycznie puszczało się żabki na miejscowym stawie.
Elfy poukrywane gdzieś po kątach zniknęły bezpowrotnie, gdy w ich królestwie zamieszkał rudowłosy chłopiec.

Gdy miał dwanaście lat, pomyślał pewnego dnia, że chciałby móc pokazać jej te elfy, o których ona i tak już nie pamiętała.


faith-skye-blaze 2005-11-23 17:19:55
skomentuj (27)


* * *
Created by Artmina
for Szablony blogowe
Picture from Deviantart